CIAŁO, DIETA, POST DANIELA DZIEŃ PO DNIU, RADY PRAKTYCZNE

Post Daniela na wesoło

Post Daniela na wesoło

Styczeń i w głowie rodzi się mnóstwo postanowień noworocznych. Jeśli nie „od dziś zacznę oszczędzać”, to „może schudnę”. No i zapisujemy się na wczasy z dietą! Tak mi przyszło ostatnio, że wszyscy na poście przeżywają podobnie swoje utrapienia, postanowiłam je zebrać i oto małe ich kompendium :-)) Bawcie się dobrze. I nie bierzcie wszystkiego tak poważnie:-)) 

Dzień 1. 

Co?  Już 7:00 a ja nie zrobiłam przecież jeszcze miliona różnych rzeczy! Gdzie moje 500 surówek na dziś do pracy no i marchewki nie pokrojone! Następnym razem muszę się obudzić o 6:00, żeby to wszystko przygotować.

Dzień 2.

Idę do lodówki, żeby wyjąć swoje ulubione warzywo, no bo przecież kapusty kiszonej nie zjem dzisiaj , bo mam po niej wzdęcia i wszystko mnie boli. Idąc do lodówki myślę sobie, że najgorszą rzeczą, która może mnie spotkać to właśnie ta kapusta kiszona. Otwieram lodówkę i łapię się za głowę! Ktoś wyżarł wszystkie moje pomidory, i ogórków też już nie ma a sałata lodowa niestety się popsuła. Przypominam sobie, że przecież jest jeszcze zielony pojemniczek z białą pokrywką. Uff,  uradowana sięgam szybko po ten pojemniczek, otwieram wieczko i  patrzę.  O nie! została mi tylko kapusta kiszona. Następnym razem już nigdy(ale to nigdy!)  nie włożę  kapusty kiszonej do mojego ulubionego zielonego pojemnika z białą pokrywką.
Wieczorem wchodzę na wagę w kruchej nadziei, że może już schudłam chociaż kilogram.

Załamka!  1 kg więcej!  Skąd się wzięło tyle kochanego ciała, skoro cały czas je głodzę, prawie nic nie jem a i tak przytyłam kilogram. Mój naukowy mąż wyjaśnia mi powód tego przytycia:  po prostu skumulowało się trochę więcej wody, ot co.

Mnie to jednak nie pociesza i tak załamana idę spać z mocnym postanowieniem, że od jutra to już naprawdę naprawdę biorę się za siebie. Układam plan na jutro: 6 razy gimnastyka!

Dzień 3.

Mam lekki jadłowstręt już do surówek. Chyba dzisiaj nic nie zjem. Tak! Nie zjem nic! Takie mam postanowienie.
Mija godzina, zaczynam się niecierpliwie kręcić po kuchni. O co chodzi?
Przypominam sobie moje postanowienie sprzed godziny. Przecież mam nic nie jeść! To może chociaż marchewkę?
I tak biorę się ochoczo za obieranie marchewki. Marchewka obrana. A tutaj telefon. Trzeba szybko wysłać klientowi maila.
Do tej marchewki przydałby się jeszcze może jabłko… nie ma czasu! Trzeba lecieć, biorę więc marchewkę, szybko myję i wcinam w biegu pomiędzy kuchnią a komputerem.
Wchodzę na Facebooka i tak minęło kolejne pół godziny bez śniadania.

Dzień 4.

Dziś miła zmiana w głowie: już nie boli 🙂 Zauważam małą poprawę samopoczucia. Już nie biegam do łazienki co minutę. 
Przypomina mi się moja postanowienie sprzed dwóch dni. Nachodzi mnie  taka nieśmiała myśl: może by poćwiczyć?

Dziecko wstało, trzeba zrobić mu śniadanie, pędzę do kuchni ,wyciągam chleb,kroję chleb, a w mojej głowie powstała uciążliwa myśl, że może moje dziecko też zjadłby surówkę? W mojej głowie biegają sprzeczne myśli. Cały tabun myśli. Sprzecznych. 

Jak ja się męczę, to ona też! No przecież chodzi mi o dobro dziecka! Tak! Głównie chodzi mi o zdrowie! Niech zje dla zdrowia. Dziecko nie lubi kapusty kiszonej, dlatego wyżarło całe pomidory 🙂

Po krótkiej sprzeczce dziecko zjada kanapkę z wędliną i idzie do szkoły bez drugiego śniadania. Pewno zje pizzę albo kebab…. A ja na trawie! 

Dzień 5,

Ledwo wstaję z łóżka, a moje  wyrzuty sumienia są nie do pokonania. Biorę się za ćwiczenia.
Trochę przeciągania, wymachy nogą, ręką, skłony, napracowałam się… Zadowolona sprawdzam czas: och, kurczę , minęło dopiero  10 minut! No, ale może już wystarczy? Co to jeszcze robić? Przypominają mi się te wszystkie wspaniałe ćwiczenia, która tak elegancko i z gracją robiła trenerka na turnusie Rekolekcji z postem Daniela w Porszewicach. 
Mnie nie wychodzi szczególnie to „z gracją”, zniechęcam się,  idę pod prysznic. Koniec z ćwiczeniami. Zmęczyłam się.

Dzień 6. 

Skończyły mi się kreatywne pomysły na jedzenie. Już mi się nie chce. Chyba odpuszczę, może 5 dni wystarczy.
Nagle przypominam sobie mój powód postu.  No nie! Przecież miałam schudnąć 30 kg a to oznacza 15 tygodni…
Znowu przypomina mi się informacja ze wspaniałych konferencji Krzysztofa: przecież nie można 15 tygodni ciurkiem.
Załamka.

Dzień 7

Prawie wytrzymałam tydzień mogę być z siebie dumna.
Biorę się ochoczo za robienie surówki: biała kapusta, marchewka, zielony ogòrek… tak, nawet pasuje.
Mąż zagląda mi przez ramię . Mam cichą nadzieję, że się dołączy i nie będę już musiała dłużej sama znosić tych cierpień. „No nie żebym cierpiała” tłumaczę sobie.  Przecież moje postanowienie schudnięcia jest wciąż żywe we mnie. Próbuję się do niego dokopać.
Czekam ze zniecierpliwieniem na przyjemne uwagi mojego męża, czy już zauważył? Czy już mu się podobam?
Mąż nic nie mówi bo spieszy się do pracy. 

Pytam więc nieśmiało: „Czy ty mnie jeszcze kochasz? Mąż daje mi całusa w policzek i wychodzi do pracy. Rzuca w przelocie: „Oczywiście że cię kocham, przecież ci mówiłem.”
„A czy już schudłam?”-pytam o konkret
„A co znowu się odchudzasz?”-co za niestosowne pytanie… 

Mąż wyszedł a ja zostałam z nieciekawym pytaniem,  że znowu się odchudzam. Mógłby chociaż powiedzieć, że ładnie wyglądam i że nie potrzebuję się odchudzać, albo coś miłego a on znowu rzucił to słówko ” znowu”,  ja czuję się się zdemotywowana , chyba wyciągnę bułkę.
Wchodzę na Fejsa,  znowu jakaś babka zamieściła zdjęcie siebie „przed” i „po”.
Wkurzające.

Biorę głęboki oddech. No może by  wziąć się w garść. Tamta babka może, to może i ja też mogę.
To może jednak kapusta kiszona, może to przyspieszony proces chudnięcia.
Idę do kuchni i zdumiona patrzę na wiadro z mopem… pozostałość po wczorajszym myciu  jednej plamy mojego męża. Zadziwia mnie to,  że mąż zadał sobie tyle trudu, żeby nalać do wiadra wody, wlać pachnący płyn, przytargać do kuchni całe wiadro z mopem i zmyć tylko jedną niedużą plamę po burakach . Myślę sobie że ….już mógłby umyć całą podłogę.
I zamiast za surówki z kiszonej kapusty  biorę się za sprzątanie całej kuchni , co zajmuje mi przynajmniej godzinę. Ciągle jestem głodna, oczywiście nie miałam czasu się wykąpać, ale kuchnia musi być czysta, bo przecież stoi ten mop z wiadrem, co pobudza moje wyrzuty sumienia, jaką ja jestem gospodynią, skoro mąż w domu musi myć podłogę…
A poza tym moje dorosłe dzieci muszą robić sobie same kanapki do szkoły, to za matka ze mnie, że ja to się ciągle tylko odchudzam i myślę o sobie… -uruchomiła mi się cała litania narzekań na wszystko.

Wyrzuty sumienia prowadzą mnie znowu do komputera: postanowiłam, że zrobię dzisiaj im coś pysznego na obiad. Następna godzina mija mi na poszukiwaniu genialnych przepisów na fantastyczny rodzinny obiad.
Tak sobie zaplanowałam! Problem w tym, że nie powiedziałam o tym nikomu i po dwóch godzinach gotowania dowiaduję się, że córka wychodzi jeszcze z koleżankami i wróci późno, a syn idzie na mecz i też nie będzie go na obiedzie. Moje złe samopoczucie sięga zenitu: Nie dość, że ja się tutaj męczę, martwię i przygotowuję obiad, który jest naprawdę ekstra, a oni mają mnie w nosie!!! I nikt nie chce nawet spróbować tego, co zrobiłam, bo przyjdą późno już nie wejdą nawet do kuchni a kuchnia taka czysta. Była…

Co z tym postem? Może już nie trzeba? Zasięgnę rady na Facebooku. Pytam „starszych”. Same rady, ale nic konkretnego. Znowu decyzję muszę podjąć sama. Och, żeby czasem ktoś powiedział, co robić:-)) Mam być na poście czy nie?

I tak oto wytrzymałam 6 tygodni w domu, tułając się pomiędzy lodówką, pracą, komputerem i dziećmi. No może jeszcze byłam na warzywniaku, żeby kupić warzywka i koniecznie trochę ekologicznej trawy:-)) 

Pozdrawiam wszystkich przeżywających post Daniela. Trzymaj się.